Marina Abramović przestrzennie

/ 5/04/2017 /

Co to jest duchowość i czy można bez niej żyć? Wszystko można, ale człowiek nie kończy się na mięsie, więc koniec końców trochę się traci. Przy narodzinach i śmierci szyszynka zalewa nas DMT, 'hormonem oświecenia'. Pierwszy z momentów pozostaje raczej poza zasięgiem naszej świadomości, a drugi jeśli umiera się przytomnie, staje się areną transcendentalnego wglądu. Wtedy się wie, co jest w życiu najważniejsze i oby ta chwila mogła trwać wiecznie, niestety. Może więc celem poszukiwań duchowych jest odkrywanie momentów, kiedy widzi się świat pełniej i czuje się żywiej swoją obecność w tu i teraz? 

Twórcy często zapuszczali się w rewiry duchowości, a w epoce Romantyzmu, która zbiegła się czasowo z Rewolucją Francuską nader chętnie. Wydawać by się mogło, że nowy porządek społeczny wypchnie świadomość na szersze wody poznania. Koniec końców duchowość została jakby odcięta od człowieka na najbliższe dziesięciolecia wraz z monarszą głową. Postmodernizm jeśli to w ogóle możliwe, pogłębił tylko to rozdzielnie. Dziś mniej lub bardziej analitycznie sięga się po temat duchowości. Co to właściwie jest? Jakaś bliżej nieokreślona przestrzeń, w której człowiek już dawno się nie realizuje albo słabo, ale wielu czuje, że istnieje. Telepatia, jasnowidzenie, bioenergoterapia, trzecie oko, intuicja, szyszynka, pole serca. Kiedyś uznawane za takie sobie pitu pitu, dziś rozpoznane przez biochemików, biologów i fizyków kwantowych jako całkiem prawdopodobna, lecz niewidzialna aktywność człowieka.

Kiedy na arenę nowego oglądu rzeczywistości wkroczyły nauki ścisłe, również racjonaliści, choć nadal sceptyczni, zaczęli przyglądać się z ciekawością rzeczywistości jako fali, krystalicznej siatce zależności, polu morficznemu. Temat, który kiedyś tylko czysto badawczo interesował głównie religioznawców i antropologów, dziś zajmuje twórców, którzy rzucają coraz ostrzejsze światło na rozwój samoświadomości. 
Wyczuwana przez niektórych nutka kryzysu, ma zdecydowanie posmak przejedzenia niezbyt strawnymi koncepcjami, w których najważniejszy stał się chwytliwy temat, często drobiazgowo analizowany. To on w założeniu ma sprzedać projekt artystyczny, książkę lub dokument, rzadziej utwór muzyczny. Jeśli nawet artyści zapuszczają się w nieobliczalną strefę rytuału, to raczej z poziomu badacza, odkrywcy, niż tego, który doświadcza. 
Tam gdzie dotąd przeważał intelekt, koncepcja, badanie (research), proste przeżycie jako doświadczenie, było mniej popularnym sposobem na eksplorowanie rzeczywistości, a gromadzenie faktów przeważyło nad ich rozpoznaniem, czyli przeżyciem. 

Najnowszy film dokumentalny Space in Between, Marina Abramović in Brazil, (2016), odsłania szerszej publiczności tematy, które fascynowały artystkę już od początku jej działalności. Abramović zapuszcza się z właściwym sobie rozmachem w dżunglę duchowości i nie wiadomo, co z tego wyniknie.
Spotkałam ją w czasie działania 512 hours w Serpentine Gallery, w Londynie w 2014 roku. Nie, nie rąbnęłyśmy sobie selfie, nie było też pogawędki przy kawie. Przyniosła mi słuchawki, a potem była obserwacja człowieka przez człowieka. I na pierwszy plan wysunęła się jej charyzma i siła, kobiety twardej jak granitowy posąg oraz to, że lubi młodych, ładnych chłopaków.
W dzisiejszej odsłonie najbardziej interesujące będzie jednak przyjrzenie się proporcji ego i duchowości. 


Abramović prezentuje plastikowy worek z czosnkiem i cebulą w środku. To najlepsi towarzysze egzotycznych podróży, mówi w nieistotnej z pozoru scence. Po czym zjada ząbek czosnku i bierze gryza nie obranej cebuli, a nie była to odmiana cukrowa. 

Dokument rozpoczyna się malowniczą i symboliczną sceną wejścia do jaskini. Dzikość brazylijskiej natury i jej skala ukazuje artystkę niby mróweczkę lub pyłek na tle ogromnej całości. Zejście do jaskini jest jak podróż do podświadomości. To tam kryją się mroki naszego cienia i potencjał poznania, który przeniesie nas, jak to mówią znawcy tematu w strefę wyższych częstotliwości. A tam wszystko jest możliwe, również spotkanie z absolutem. Zapowiada się ciekawie: ego artystki całkiem nieźle rozrośnięte, kontra trudne doświadczenia, w tym wystawianie ciała i psychiki na nowe, najczęściej ekstremalne wyzwania, gdzie zagryzanie surowej cebuli i czosnku, jest czystą przyjemnością.

źródło:uk.pinterest.com

Abramović odbyła swoją pierwszą podróż do Brazylii w 1989 roku. Wtedy wybrała się do kopalni kryształów i postanowiła 'poprosić je' o pomysły. Górnicy się dziwili, kiedy chciała sobie poleżeć w kopalni, no ale. Efektem medytacji był pomysł na buty ametystowe, służące do podróży mentalnych. I kto tam wie, gdzie jeszcze?

Buty kryształowe, źródło: http://nymag.com/
Do Jana od Boga przyjeżdżają ludzie z całego świata, jak mówią świadkowie, miejsce ma specjalną atmosferę, bo zbudowane jest na złożu kryształów. Czasem na nowo przybyłych działa przeciwbólowo, a czasem uspokajająco. Ważną częścią 'terapii' jest medytacja. Pacjenci siedzą w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu, czekając na spotkanie z uzdrowicielem. Trzeba się uspokoić i wyciszyć. To nie Jan od Boga leczy, to duchy uzdrowicieli działają przez niego. Czasem zmienia mu się głos, kolor oczu, a w czasie uzdrowień jest jak transie. Operacje przeprowadza głównie dla tych, co powątpiewają w skuteczność jego metod, chciałoby się powiedzieć, na dowód. Kiedy smyra po oku jednego z pacjentów małym kuchennym nożykiem do obierania ziemniaków, trudno nie uwierzyć. Dziękuję za uwagę, operacja się udała. 

Musisz tu zostać co najmniej trzy dni, inaczej nic z tego nie będzie, uzdrowiciel zwraca się z łagodnym uśmiechem do artystki. Co robić?
Patrząc na działanie Jana od Boga ma się wrażenie, że granica między światem duchów, energii i tym, co widzimy, jest naprawdę cienka. Prowadzi to również do konkluzji, że wszystko jest ze sobą połączone. Poczucie osamotnienia to specjalność ego, które skutecznie oddziela nas od stada, przekonując, że jak się nie pospieszymy i nie zagarniemy szybko jak najwięcej dla siebie, to zostaniemy z niczym. Abramović chyba zaskoczona charyzmą uzdrowiciela, zostaje tyle ile trzeba, choć miała inny plan.


Przygaszone u Jana od Boga ego, szybko jednak rozkwitło w czasie późniejszych sesji zdjęciowych, które towarzyszyły powstawaniu dokumentu. Teatralne kadry imponującej natury i Abramović, która z pyłku zamienia się w posąg i to nie byle jaki. 
W białej szacie, w pozie Chrystusa odkupiciela z Rio de Janeiro, jednoczy się z naturą, stojąc na środku wodospadu, płynącego po malowniczych skałach. Fotograf przekrzykując zwały spadającej wody, wprowadza niespodziewanie wątki humorystyczne. Scenka przywołuje na myśl Kantora dyrygującego falami (Panoramiczny happening morski, 1967).


Tym czasem ekipa przemieszcza się w głąb dżungli i składa wizytę u Dony Flor akuszerki, zielarki, która jest chodzącą apologią intuicji. Opowiada o codziennej higienie utrzymywania się w dobrym nastroju, inaczej nie mogłaby wykonywać swojej pracy. Nie słyszałaby ducha, który podpowiada jej jak leczyć. Urodziła kilkanaścioro dzieci, wykarmiła prawie setkę. Pierwszy raz leczyła ziołami swoją ciotkę, kiedy miała dziewięć lat, nic nie wiedząc o ziołolecznictwie. Podążała tylko za wewnętrznym głosem. Dla niej całkowite poddanie się temu instynktowi, jest bardziej niż oczywiste. Dodatkowo nie musi wiedzieć jak to działa. Obejdzie się bez analizy.

W Chapada Diamantina Abramović spotyka się z szamanem Zezito Duarte, który najpierw oczyszcza artystkę białym piórem, a potem podaje jej modną dziś w niektórych kręgach ayahuascę, końską dawkę oczywiście. Potem drugą. Abramović rozpada się na atomy i co gorsza nie może z tym nic zrobić. Oczyszczanie na wszystkich możliwych poziomach: górą dołem i bokiem. To nie pierwszy raz, kiedy Abramović próbuje psychoaktywnych substancji. Kiedyś pod ich wpływem zrobiła performance, (Rhythm 2, 1974). A z Ulayem (Uwe Laysiepen), swoim wieloletnim partnerem poddawali się hipnozie we wczesnych latach swojej twórczości. Tamte eksperymenty zasiliły ich działania na wiele lat.


źródło: creators.vice.com
Ostatnim przystankiem w spektakularnym pojedynku z jej własnym cieniem, jest Curitiba, w Paranie. Abramović odwiedza duchowe zgrupowanie w środku dżungli. Kobiety i mężczyźni, trochę jak w sekcie. Przygotowują zioła do sesji leczniczych. Abramović poddaje się całej serii nacierania i dreptania w ziemi, oczyszczania jajkami. W tych dwóch jajkach jest teraz cały twój ból. Zgniatasz jajko i trach, pozbywasz się bólu, mówi uzdrowicielka. Z tym w prawej ręce poszło łatwo, to drugie jest twarde jak kamień. Abramović z całej siły próbuje je zmiażdżyć oburącz, krzyczy ze złości. Zapiera się i naciska. A, to już twoja sprawa jak sobie z tym poradzisz.

źródło: youtube.com
Doświadczenia ekstremalne dla sprawdzenia siebie i może próba złamania ego, które musi pęknąć jako to jajko? Trudno powiedzieć czym poskutkuje ta wyprawa? Nie wiadomo również, czy jej ego zostało poskromione na dobre? Abramović jest artystką uznaną, a nie Grażyną ezoteryki, przemawiającą do poszukujących z niszowego kanału internetowego, ma więc możliwość prezentacji światów i przekonań, które mogą lecz nie muszą zahaczać o duchowość, a co ważniejsze dotrą do szerszej publiczności i otworzą przestrzeń na nowe pytania.


Monika Waraxa, 4.5.17




Sztuka?

/ 3/10/2017 /
źródło: fffound.com


Trzeba się przygotować na zajęcia. Poza tym wysłać zamówienie na blejtramy. Pisząc listę wymiarów, aż się podekscytowałam.

Ostatnio jeden z krytyków sztuki, znany i lubiany, zastanawiał się głośno, przy okazji wystawy młodych artystów pokazywanych w już niemłodej, ale liczącej się galerii, po co malować i czemu właściwie służy malarstwo? Ja przy tej okazji zastanawiam się czemu służy krytyka sztuki albo jej kuratorowanie?

Nie raz podważałam lub umniejszałam rolę krytyków i kuratorów. Bo raz, że lubiłam przysolić, a dwa zawsze podejrzewałam, że coś tu jest nie tak. Jakieś zatajenie, chachmęctwo, dziwna zależność, która z mojego punktu widzenia raczej ograniczała, niż pompowała siły twórcze. Dziś nadal zadaję sobie pytanie o rolę pośredników w procesie twórczym i czy potrzebuje on aż tyle akuszerek?
Jak ego jest dużutkie to człowiek ma wielką potrzebę, żeby oceniać, odnosić się, porównywać, siebie do innych i innych z innymi. Doktorat ze sztuki nie jest tożsamy ze sztuką, tak jak czytanie i cytowanie nie jest tym samym, co pisanie.
Choćby najbardziej sprawiedliwy osąd pozostanie zawsze oceną. W kontekście oceny pojawia się oceniający, który czy tego chce czy nie, plasuje się jakoś do reszty. Wie więcej, częściej zastanawia się nad tym i owym. A tu już mamy podział na ja i reszta. Każdy kto się ze mną 
zgodzi, jest częścią mojej bandy. No te podziały nie są jednak najlepsze. To znaczy z punktu widzenia badacza taka systematyka porządkuje i pomaga podsumować różne zjawiska. Toż sztuka ledwo dyszy od tych podsumowań i polemik, czy nie słyszycie?

Ostatnio przy okazji sytuacji towarzyskiej usłyszałam, że wygląd to mam rasowej intelektualistki. o to właściwie znaczy i
 czy to komplement? Bo czy ta ocena nie pomija całego wachlarza innych atutów, które mam do zaoferowania światu?
Człowiek dla odmiany może być intelektualistą, ale również istotą czującą, która przede wszystkim żyje, żuje i doświadcza. Częścią tej szerokiej działalności jest pasja. 

Może nią być pisanie, malowanie, chodzenie po lesie, oglądanie zwierząt i licznie gwiazd. Czytać książki, ale nie za dużo. Klasyka z plastycznymi i wielowarstwowymi opisami świata tak. Jeśli jednak chodzi o literaturę i sztukę, lepiej nie być na bieżąco. Można kibicować innym twórcom, ale obcować z ich dziełami, to trochę kanibalizm. Brzmi jak opis z portalu randkowego? No cóż takie mamy czasy.
Kiedy myślę o krytyku, który zainspirował powyższą refleksję, czuć, że raczej lubi sztukę. Ktoś kto by jej nie lubił nie zajmowałby się nią już tak długo. I to jest godne uwagi oraz szacunku. Zastanawiam się tylko jaka jest proporcja realnych pytań do retoryki w jego tekście?
Wielu artystów na przykład wije swoje kariery zgodnie z określonym wzorem i planem. Sztuka stała się strategią, a miejsce twórczego odpału zajęła logistyka. I to czego tu brakuje to zmienność i nieprzewidywalność. Chaos, którym żywi się życie i sztuka. Inaczej wkrada się konwencja, która do pewnego momentu może być nawet interesująca, ale na dłuższą metę ogranicza znacznie pole działania. Czujnym trzeba być i myśleć za siebie, a przede wszystkim się nie bać i nie nerwowo, tylko spokój może nas uratować. 

Co jest ważne w twórczości młodego artysty? Oczywiście kariera, żeby być najlepszym. Porażka nie wchodzi w grę. To jest rodzaj napędu, który też kiedyś czułam. Dobrze jeśli ktoś się zrealizuje, bo wie do czego w późniejszych doświadczeniach może się odnieść. Jeśli nigdy nie poczuł choćby pięciu minut sławy, zawsze będzie za tym tęsknił i wyobrażał sobie, że to jest kamień filozoficzny, alchemiczny składnik, dopełniający jego życie. Choć historia sztuki pokazuje, że wielu sparzyło się, kierując podobnym przekonaniem, to jednak nadal równie wielu, chciałoby próbować no i nie można im mieć tego za złe.

Kierując się zdaniem, że sami tworzymy swoją rzeczywistość, może łatwiej będzie uzyskać odpowiedzi na pytanie po co malować obrazy i robić sztukę. Jeśli wszyscy jesteśmy połączeni, to może krytyka sztuki, koncepcja kuratora i kapitał rynku sztuki mogłyby mieć coś wspólnego z nastawieniem młodych twórców? A fe panowie. Tacy duzi a udają, że nie wiedzą, o co chodzi. Kto tu kogo deprawuje? Młody twórca was obrusza? A kto to napędza, kto wprawia tę machinę w ruch? 

Z mojej perspektywy sztuka w aktualnym anturażu jest w kryzysie, ale nie dlatego, że nie powstają ciekawe rzeczy. Oczywiście, że powstają. Kryzys polega na tym, że wielowymiarowość niczym nieograniczonej siły twórczej, została sprasowane do wymiaru elitarnego puzdereczka, przenoszonego z miejsca na miejsce, przez wybranych dla wybranych.
Świat sztuki rządzi się swoimi prawami, a twórcza wolność nie bardzo tam pasuje. Każdy wybiera za siebie i ciekawie jest doświadczyć takiego rodzaju uznania, jednak praca artysty polega również na wielu innych rzeczach. Nie jest problemem, to że świat sztuki stworzył dla siebie ciasną ramę, która nie sprzyja twórczości, tylko, że jest to solidne ograniczenie i niewielu to widzi.

Artyści choć coś przeczuwają, nie chcą widzieć, że ten kolos na glinianych nogach już daleko nie zajedzie, ale jeszcze może coś da się ugrać w starym systemie? Jakaś jeszcze wystawa lub chociaż pokaz slajdów i mini wykład: 'ja i moja sztuka'.

Minęło kilka lat, zanim zobaczyłam, że ego świata sztuki, to nie jestem ja, a potrzeba tworzenia ma swoje źródło gdzie indziej. Wiem również, że wolność twórcza zasilana jest pasją i czystą intencją. Czy trzeba odpowiadać na te wszystkie pytania, żeby się nią cieszyć? Mówiąc cieszyć mam na myśli tego, kto ją robi i tego, który ją kupuje, wiesza na ścianie i lubi na nią patrzeć.
Kiedyś rozmawiałam z jedną realistką w Pekinie, która mówiła, że śledzi informacje o katastrofach lotniczych, bo chce być na bieżąco i lubi być przygotowana na każdą ewentualność. Odpowiedziałam jej, że grunt to pozytywne nastawienie do świata i że to, na czym się skupiasz rośnie. Usłyszałam, że jestem leśnym skrzatem, który nic nie wie o prawdziwym życiu i być może.
Monika Waraxa, 10.3.2017

Marina Abramović: Wielka Empiryczka

/ 8/05/2014 /

Marina w Givenchy
Jako dziewczynka marzyła o ładnym nosie, którego prototypem był nos Brigitte Bardot. 
Pewnego dnia, trzymając w rękach zdjęcie aktorki, kręcąc się w kółko, postanowiła upaść na krawędź łóżka i go złamać. Zadanie lekarza miało polegać na złożeniu nosa według zdjęcia Brigitte. Akcję przerwała matka. Seria policzków miała jej wybić z głowy głupie pomysły, których jak się okazało ma jeszcze wiele. 


Jej dzieciństwo i wczesna młodość toczy się w Belgradzie. Jest dzieckiem dwóch bohaterów narodowych z czasów Tito – Vojo i Danici Abramović. Matka, zaangażowana działaczka traktuje Marinę jak dorosłą, ostro stawiając jej wymagania. Choć Abramović twierdzi, że im trudniejsze dzieciństwo, tym lepszy artysta, odetchnęła z ulgą po śmierci matki. 
Jej dom rodzinny przypominał koszary wojskowe. Mówi, że była raczej trenowana na żołnierza niż wychowywana. Matka budziła w ją w środku nocy, żeby poprawiała pomiętą w czasie snu pościel. Babka, która spędzała całe dnie w kościele na modlitwach, była dla Mariny niewyczerpanym źródłem mądrości życiowych i kobiecym wzorcem. Mówiła jej na przykład, że wszystko co wydarza się w dniu urodzin jest ważne. 



Czytając manifest artystyczny Abramović dowiadujemy się między innymi tego, że artysta nie powinien nikogo zbić, kraść pomysłów innym artystom. Powinien również unikać zakochania się w innym artyście (ten punkt powtórzony kilka razy). Jej obaj mężowie byli artyści – Neša Paripović, jugosłowiański konceptualista i Paolo Canevari, włoski rzeźbiarz.
W swoje urodziny, w 1975 roku Abramović poznała Ulaja (Uwe Laysiepen). Spotkali się w Amsterdamie. Po jej performance Ulaj opatrzył ranę w kształcie pięcioramiennej gwiazdy, którą wycięła sobie wcześniej na brzuchu. Natychmiastowa fascynacja zamieniła się w kompatybilność. Ulaj mówi, że poznanie Mariny było jak odnalezienie zaginionego brata. Oboje urodzeni 30 listopada stworzyli symbiozę artystyczno-miłosną. Życie prywatne i zawodowe to mieszanka wybuchowa. Może prowadzić do zwrotów akcji, na które nie zawsze jesteśmy gotowi. 
Relacja kobiety i mężczyzny osadzonych w kontekście społecznym i kulturowym, stały się głównym sensem wspólnej pracy
Abramović i Ulaja. Swoimi działaniami tworzyli 'tamto ja', wyczerpując stopniowo witalność swojego uczucia.



Retrospektywna prezentacja działań Abramović w nowojorskiej MoMa w 2010, była dla niej jak otwarcie starego albumu ze zdjęciami. Na widok policyjnego Citroën, w którym Abramović i Ulaj przeżyli 5 lat, popłakała się. To było dla nich jedno z ważniejszych doświadczeń. Przez pięć lat samochód służył im za mieszkanie, ale też jako narzędzie do performance. W 1976 na biennale Paryskim wykonali w nim Relację w ruchu (Relation in Motion).
Abramović, Ulaj, Relation in Time, 1977
Ich wspólne prace tak jak Relacja w czasie, 1977 (Relation in Time), kiedy siedząc tyłem do siebie, oparci plecami ze splecionymi włosami, odnosiły się bezpośrednio do granic wytrzymałości ludzkiego ciała, ale też do badania przepływu energii między nimi a publicznością. Wtedy sprawdzili to zapraszając publiczność do galerii na koniec działania. Energia publiczności przedłużyła je o godzinę.



Kolejny etap w ich karierze to szukanie inspiracji w innych kulturach. Podróżowali do Indii, Australii, Tybetu. Jednym z ich ważniejszych doświadczeń było życie z Aborygenami australijskimi. Nauczyli się od nich bycia tu i teraz oraz tego, że całe życie z wszystkimi jego czynnościami powinno być celebracją. Poddali się również sesji hipnotycznej, którą zarejestrowali na taśmie. Nagrany materiał zainspirował wiele z ich późniejszych działań.


Na retrospektywną wystawę w MoMa Abramović przygotowała nowe działanie, bazujące jednak na Nieghtsea Crossing, które tworzyła razem z Ulajem w latach 1981-1987. Abramović i Ulaj siedzą po obu stronach długiego stołu w medytacyjnym bezruchu. Kobieta i mężczyzna, a pomiędzy nimi kultura, gender, cały świat. Po 6 latach kolejnych odsłon tego performance, było jasne, że długotrwałe siedzenie bez ruchu nie służy Ulajowi. Na przeciwko
Abramović zostało puste krzesło, które w MoMa, w 2010 roku miała wypełnić publiczność. 

Wielki spacer po murze, 1988 (The Great Wall Walk) miał polegać na przejściu muru i romantycznym spotkaniu na jego środku. Ulaj rozpoczął przejście od strony pustyni Gobi, Abramović od strony Morza Żółtego. Spacer trwał 3 miesiące. W pierwotnym założeniu spotkanie miało zakończyć się ślubem. Jednak po ośmiu latach przygotowań wiele zmieniło się w ich życiu, związku i w postawie artystycznej. Oboje stali się rozpoznawalnymi artystami. Ambicje Abramović rozrosły się, a jej relacja z Ulajem uległa nadwątleniu. Kiedy spotkali się na murze, ona ubrana na czerwono, Ulaj na niebiesko każdy ze swoją flagą, ich związek odchodził do przeszłości. Łzy Abramović. Koniec sceny.

                                                               Abramović, Ulaj, The Great Wall Walk, 1988

Lata dziewięćdziesiąte to nowy etap twórczości Abramović wiąże się z teatrem. Jej działania nabrały rozmachu, stały się bardziej komercyjne. Współpraca z Charlesem Atlasem zaowocowała produkcjami takimi jak Biografia, 1992 (Biography), Łudzący, 1994 (Delusional). Odgrywanie zastąpiło radykalizm wcześniejszych performance, gdzie jedynym narzędziem było nagie ciało i jego wytrzymałość, tak jak w cyklu Rytm (Rythm): zażycie psychotropów (Rytm 2), podanie publiczności do ręki rewolweru (Rytm 0), leżenie w płonącej, pięcioramiennej gwieździe (Rytm 5). Nagość przykryły kostiumy i rekwizyty. Abramović z tamtego okresu bliżej do Marii Callas niż do pustynnej ascetki. 

Ta barokowa w wyrazie faza twórczości zakończyła się zwróceniem w stronę minimalistycznych działań osadzonych mocno w aspekcie trwania i związanego z nim czasu. Abramović w tamtym czasie inspirował Wagner (Der Ring des Niebelungen, 15 godzin), Eric Satie i jego Vexations odtwarzane 840 razy z rzędu, John Cage i Organ2/ASLSP, które trwa 639 lat od 2001, ale również 3 godzinne przedstawienia Piny Bausch oraz prace Gordona Duglasa takie jak 24 hours Psycho, 1993. 


Jeden z anonsów retrospektywy w MoMa: Artystka jest obecna, 2010 (The Artist is Present) to projekcja z samobiczującą się Abramović pokazana na budynku przy Wall Street. Działanie wyrwane z kontekstu, budzi zdziwienie i przerażenie przechodniów. Na ich twarzach maluje się pytanie: dlaczego ona to robi? Abramović w dokumencie o tym samym tytule (The Artist is Present, 2012), który powstał przy okazji tworzenia wystawy w MoMa mówi, że dopiero teraz, po czterdziestu latach kariery ludzie zaczęli brać ją poważnie, a dziennikarze nie pytają już o to dlaczego to, co robi jest sztuką.
Marina Abramović, Portret z kwiatami. 2009, fot. Marco Anelli,
Dzięki uprzejmości artystki i Sean Kelly Gallery/Artists Rights Society (ARS), New York
 Wystawę w MoMa otwiera wielki czarno-biały portret glamour. Abramović otoczona gąszczem kwiatów, wygląda jak diwa, Madonna albo przodowniczka pracy. Tłum oblegał puste krzesło naprzeciwko Abramović nieprzerwanie przez trzy miesiące. Rekordzista siadał przed nią 21 razy. Artystka pomieszała się z celebrytką, a odbiorcy zamienili się w gruppies. 
Największym zaskoczeniem Andy Warhola na jego pierwszej obleganej przez publiczność wystawie było to, że tłum w amoku może go nawet udusić. Bestialstwo w anturażu grupowej manii może bardzo łatwo zająć miejsce kulturowego uładzenia. Co by było gdyby nikomu nie znana Marina usiadła przy stole na ulicy albo w nieznanej prowincjonalnej galerii, a naprzeciwko niej stanęło puste krzesło? Czy ludzie reagowaliby podobnie? Co na nich tak działa – wizerunek medialny artystki czy jej charyzma i konsekwencja postawy artystycznej?
 

Wspomniany już 
film dokumentalny, który powstał przy okazji tworzenia retrospektywy w MoMa, świetnie pokazuje rozmach, nakład pracy i logistykę produkcji dużego wydarzenia artystycznego jakim była ta wystawa. Jednym z ważniejszych działań przygotowawczych było szkolenie 30 performerów, którzy mieli odegrać 5 historycznych performance Abramović. Młodzi artyści zostali zaproszeni do jej domu w Hudson Valley. Musieli oddać swoje telefony komórkowe i zacząć od zanurzenia się w otaczającej naturze. W czasie dwutygodniowych zajęć dostawali różne zadania: kąpiele nago w rzece, 3 dniowy post, liczenie ryżu. Chodziło o to, żeby przygotować się na przekaz zawarty w działaniach Abramović, która zapowiedziała im: będziecie mnie nienawidzić, ale potem pokochacie i zrobicie wszystko, co zechcę.

Jednym z ważniejszych wątków w twórczości Abramović jest odtwarzanie historycznych performance. W 2005 roku Abramović zrealizowała Re-Performance, cykl 7 performance w Muzeum Guggenheim w Nowym Jorku. Działanie polegało na odtworzeniu performance wykonanych wcześniej m.in. przez Bruce Nauman, Nacisk ciała, 1974, (Body Pressure). Natomiast z twarzą pomalowaną na złoto, w białej koszuli i szarej kamizelce, wcieliła się w Josepha Beuysa, który tłumaczy obraz martwemu królikowi (How to Explain Pictures to a Dead Hare, 1965). 

Kiedy performance się kończy, pozostaje dokumentacja zdjęciowa, która tak jak w przypadku tej artystki może być podstawą budowania jej pozycji rynkowej, albo dokumentacją, którą można wykorzystać do odtworzenia poszczególnych działań. Sean Kelly – mecenas Abramović  pracuje z nią od dawna. Choć performera i jego efemeryczną sztukę, trudno sprzedać, dobrym wyjściem okazała się sprzedaż niskich nakładów wyselekcjonowanych zdjęć dokumentujących jej działania. Od tamtego czasu wszystkie jej performance są perfekcyjnie skadrowane. 



Droga artystyczna, którą przeszła Abramović była długa. Wystawa w MoMie to dzieło epickie, które dobrze pokazuje ewolucję jej działań i konsekwencję postawy – artysta musi być wierny sobie, jak mówi. 


Jej najnowsze działanie 512 Godzin (512 Hours) w Serpentine Gallery w Londynie ma zupełnie inny charakter. To 'projekt' instytutu, o którego stworzeniu myśli 
Abramović. Wywiadzie przeprowadzonym przez Sir Normana Rosenthala, artystka prezentuje 'The 
Abramović Method' i idee instytutu, gdzie uczestnicy, poszerzając swoją wewnętrzną przestrzeń, uzyskają spokój ducha i będą mogli emanować światłem jak ikony, które Abramović jako mała dziewczynka, oglądała z babcią w kościele. 

Instytut w Hudson Valley według słów 
Abramović miałby być nowym Bauhausem, poświęconym historii i idei działań efemerycznych takich jak performance, taniec, teatr, opera, których główną zmienną jest czas i trwanie. Głównym celem pracy instytutu jest spowolnienie ludzi i pokazanie im prawdziwej wartości i sensu życia. Abramović marzy o tym, żeby uczyć sztuki i życia w trybie zen i koncentracji na pojęciu 'suchness'. W instytucie miałyby się znaleźć różne pomieszczenia, przeznaczone do studiowania trwania: miejsce do liczenia ziarenek ryżu, powolnego picia wody, medytacji, przykładania głowy i ciała do kryształów, które zapamiętują energię. Można więc powiedzieć, że wystawa w Serpentine Gallery to działanie prototypowe, a publiczność biorąca w nim udział to grupa testerów. Sceneria działania jest zmienna, ale odnosi się do ogólnej koncepcji instytutu, który ma powstać w Hudson Valley.



Osoby, które na co dzień żyją szybko, mogą być zaskoczeni, tym co im się przydarzy w 
Serpentine Gallery. Ci o wyższym poziomie samoświadomości czy autorefleksji mogą poczuć głębiej zatrzymanie, a sceptycy pozostaną obojętni. Charyzma Abramović wszystko spaja. Oprócz głębszych doznań obserwacja zachowań ludzi w grupie, które mogą skumulować się w pozytywną siłę, albo przekształcić się w zbiorową jaźń, dostrojoną do charyzmatycznej przewodniczki. Klaus Biesenbach, kurator wystawy w retrospektywy w MoMa przyznał, że kiedy poznał Abramović myślał, że jest w nim zakochana. Zweryfikował jednak swój pogląd, stwierdzając, że Abramović kocha i uwodzi wszystkich, nie tylko jego.




Najnowsze działania Abramović wskazują na utopijną, ale pozytywną chęć przebudzenie ludzi. Ciemna strona mocy materializuje się jednak w skali planowanego przedsięwzięcia. Z jednej strony inicjatywa Abramović jest powrotem do korzeni. Przywołuje kult Wielkiej Matki Gai, która żyje i przekonuje do życia w bliskim kontakcie z naturą. Z drugiej skala i system edukacji w instytucie w Hudson Valley, przywodzi na myśl zbiorowe działania Kaszpiorwskiego. 
Ameryka i jej oświeceniowa myśl z 'New Age' przeniknęła niepostrzeżenie do założeń Abramović.

Nad dobrą intencją, unosi się cień jej niezaspokojonego ego, które oprócz ambicji mobilizuje kreatywność i daje energię do kolejnych działań, ale w zamian oczekuje zaspokojenia rządzy władzy. Skala i rozmach instytutu w Hudson Valley, odnoszą się do pozytywnej zmiany społecznej u podstawy, której leży narcystyczna chęć pokazania innym 'idealnej' wizji jak żyć. 


Zakusy Abramović jakkolwiek jasno wynikają z jej przeszłości i dzieciństwa zanurzonego w systemie totalitarnym i wychowaniu w duchu walki o równość, w wersji z Hudson Valley zalatują sekciarstwem. Niektórzy zarzucają Marinie flirt z pop kulturą, zamiłowanie do mody i kontakty z Lady Gagą. Rzeczywiście popularność 
Abramović w świecie celebrytów jest duża. Każdy człowiek, nawet radykalny artysta ma prawo do odrobiny próżności, ego jednak lepiej trzymać w ryzach. 


p.s.
Do dziś nie rozumiem dlaczego w image artystycznym Mariny Abramović brakuje czarnej peleryny?

Marina Abramović, Entering the Other Side), Solomon R. Guggenheim Museum,  2005.
fot. Attilio Maranzano, Courtesy of the artist and Sean Kelly Gallery, New York
512 Hours, Marina Abramović 
11/06-25/08/2014
Serpentine Gallery, London
                                                       


Źródła:
Marina Abramović: The Artist Is Present (2012), Matthew Akers, Jeff Dupre, 106 min
Marina Abramović interviewed by Sir Norman Rosenthal, 92Y Talks



Monika Waraxa, 4/08/14, Londyn

Walerian Borowczyk: natura czy kultura?

/ 6/24/2014 /

 
Walerian Borowczyk
Kilka tygodni temu zakończył się 12 Polski Festiwal Filmowy Kinoteka, organizowany przez Polski Instytut w Londynie. Głównym bohaterem festiwalu był Walerian Borowczyk – artysta w Polsce trochę zakurzony, choć ostatnio odkurzany przez Daniela Birda.
Borowczyk urodził się w 1923. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie przyjaźnił się między innymi z Tadeuszem Różewiczem. Tam również poznał swoją przyszłą żonę Ligię Branice, swoją wieloletnią partnerką i aktorkę w jego filmach. Przełomem w karierze Borowczyka było spotkanie z Janem Lenicą w 1956 roku, który w tamtym czasie był rysownikiem w Szpilkach. Lenica i Borowczyk postanowili razem podbić świat nowatorską animacją. Ich wspólny film – ruchomy kolaż z wycinanek oparty na prostych motywach graficznych z 1957 roku Był sobie raz, odniósł wielki sukces. Został nagrodzony Srebrnym Lwem w kategorii filmu eksperymentalnego na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. W 1957 roku Borowczyk wyjechał do Francji, gdzie kontynuował pracę nad kolejnymi animacjami, a potem filmami pełnometrażowymi.

Filmografia Waleriana Borowczyka istnieje w ścisłym związku z literaturą, sztukami plastycznymi i rzemiosłem. Blanche, 1971 jest nawiązaniem do Mazepy. Tragedii w pięciu aktach Słowackiego. Dzieje Grzechu, 1976 powstały na podstawie powieści Stefana Żeromskiego. Natomiast Rozalia, 1966, za którą Borowczyk otrzymał Złote Niedźwiedzie na MFF w Berlinie, zrealizowano na podstawie opowiadania Guy de Maupassanta – Rosalie Prudent.

W jego filmach roi się od nawiązań do sztuki w ujęciu klasycznym i tradycji malarskiej, które wraz z odniesieniami do literatury tworzą bogatą siatkę symboli i odniesień. 


Walerian Borowczyk, Blanche
Blanche to zbiorowy portret średniowiecznej rzeczywistości, w którym główni bohaterowie: Blanche (Ligia Branice) – młoda i niewinna żona i baron (Michael Simon) – odstręczający mąż, przenoszą widzów w średniowieczne realia małżeństw aranżowanych. Kontrast pomiędzy piękną Blanche i okropnym baronem przywodzi na myśl obraz Domenico Ghirlandaio: Starzec i chłopiec. Czy cnotliwa i wrażliwa Blanche o sercu gołębicy, może jednak kochać odstręczającego barona?

Domenico Ghirlandaio, An Old Man and his Grandson, 1490
W filmie użyto muzyki zaczerpniętej z Carmina Burana, która w wykonaniu werystycznej grupy muzyków, przenosi nas w późne średniowieczne lato i czas świętowania dożynek: podziękowania za zbiory, które zgodnie z tradycją słowiańską odbywają się 23 września, w dzień równonocy jesiennej. Dekoracje dożynkowe w Blanche to wieńce ze zboża i polnych kwiatów, pod którymi kryją się popędy, pragnienia i niespełnione uczucia bohaterów. 

Borowczyk zwinnie wprowadza nas w uwikłanie, które rozciąga się pomiędzy rytmem natury napędzającym popędy i obyczajem, za którym stoi norma społeczna. Jednoczesne nawiązania do holenderskiej martwej natury, zapowiadają nieodwołalne działanie czasu – przemijanie i umieranie. 

Walerian Borowczyk, Rosalie
Podobnie jak Blanche, życie Rozalii (Rosalie, 1966), ściśnięte jest mocnym uściskiem konwenansu. Ten krótki film rozpoczyna przejmujący szloch, biednej służącej, która w akcie rozpaczy i braku perspektyw, morduje swoje nowo narodzone dziecko, a jego ciało zakopuje w ogrodzie. To werystyczny portret dramatu i absurdu naszych działań pod presją oczekiwań społecznych.

Krótkometrażowy film Prywatna kolekcja (A Private Collection, 1973), w którym narrator (André Pieyre De Mandiargues) ubrany w elegancki garnitur, oprowadza nas po unikalnej kolekcji artefaktów należących do Waleriana Borowczyka. Kolekcja bardzo dobrze odzwierciedla jego fascynacje i inspiracje nie tylko erotyką, ale przede wszystkim naturalną siłą, która ją napędza i determinując nasze działania. Borowczyk zwraca uwagę na to, że pierwotna siła popędów jest również źródłem transformacji, która objawia się w naszym dążeniu do harmonii i piękna. Prywatna kolekcja jest symbolicznym zapleczem twórczości Borowczyka i dobrze pokazuje jej dynamikę, opartą na antynomii: natura – kultura.
Film roi się od rozsuwających się kotarek, ruchomych zasuwek, drobnych obiektów i pudełek z niespodzianką, z których zamiast diabełka lub zajączka, wyskakuje penis.

Film oryginalnie miał być częścią czterech historii składających się na Niemoralne opowieści, 1974 (Contes Immoraux). W drugiej części filmu natchniona nastolatka (Charlotte Alexandra) po wizycie w kościele, poddaje się swoim fantazjom erotycznym roznieconym wiarą. Od ekstazy religijnego uniesienia bardzo blisko do przeżycia erotycznego.

Ekstaza św. Teresy, Bernini
Kulminacją niemożliwych do pogodzenia popędów i konwenansu społecznego rozgrywa się w The Strange Case of Dr Jekyll and Miss Osbourn, 1981, który powstał na podstawie powieści Roberta Louisa Stevensona. Powieść Stevensona doczekała się co prawda wielu adaptacji, ale w tej wersji głównego bohatera i jego alter ego, gra dwóch aktorów – boski Udo Kier i Gerald Zalcberg, którego Borowczyk docenił za twarz seryjnego mordercy.
Erotyzm Mr Hyda rozsadza mieszczański konwenans. Intensywność, irracjonalizm, histeria i wyuzdanie wirują w scenach filmu jak Bachantki na cześć Dionizosa. Rosnące napięcie erotyczne, podgrzewane przez kolejne zbrodnie, podkreśla rozdarcie głównego bohatera na dwa: Dr Jekyll – przykładnego narzeczonego, poświęconego bez reszty swojej pracy na rzecz rozwoju ludzkości i Mr Hide, owładniętego żądzą zwierzaka. Ulgę bohaterom niesie czas, który przecina każde rozdarcie i dramat. Dla Borowczyka czas to siła wyższa, która zmienia wszystko poza naszą wolą. Widać to bardzo dobrze w zjadanych przez czas rekwizytach z Rozalii i wyrzucanych przez służbę wieńcach dożynkowych w Blanche.


Borowczyk ukazuje swoich bohaterów jako część natury. Jego człowiek nie zajmuje miejsca w centrum wszechświata. Z perspektywy kultury to postać absurdalna, której życie bywa żałosne i przepełnione błędami. W kontekście natury targają nią popędy, których w większości przypadków nie może zaspokoić. Oba przeciwstawne aspekty tworzą sytuację bez wyjścia przypominającą losy bohaterów greckich dramatów. Na straży porządku świata Borowczyka stoi czas – źródło wszech wiecznej przemiany i transformacji.

Filmy Borowczyka z perspektywy popkulturowości i powierzchownej percepcji, będą soft porno w wersji vintage, których obrazoburczość może dziś śmieszyć. Jeśli jednak spojrzymy na nie w kontekście kultury ulegającej naturze, objawi się nam tradycja człowieka naturalnego.

Walerian Borowczyk, Immoral Tales, 1974


Do 6 lipca można oglądać:
Walerian Borowczyk: The Listening Eye
20 May 2014 – 6 Jul 2014
Institute of Contemporary Arts
The Mall, London SW1Y 5AH




Monika Waraxa, 24/06/14, Londyn

Matisse z perspektywy miękkiej poduszki

/ 5/29/2014 /
Bachant niesie żar sosnowej żagwi,
W biegu wznieca tryskający z tyrysu
I pośród wirującej rzeszy
Wznosi go wysoko,

A włosy rozwiewa na wietrze.
Pieśń Bachantek, Mitologia Greków i Rzymian, Z. Kubiak, 2003, s. 341 


Malarza należałoby oddzielić od jego mitu, a jego obrazy od reprodukcji.
Wszyscy aż za dobrze je znamy, jak smak syntetycznego szafranu, słodzika i podróbek z chin.
Czy lizanie monitora komputerowego niesie ze sobą głębsze przeżycia estetyczne? Zapomnieliśmy, że sztukę trzeba oglądać i sublimować, a nie tylko kartkować. Przypomina nam o tym Uroboros wąż transformacji, zaklęty w krąg tancerzy Matissa. Taniec w kręgu to czas wiecznego powrotu, ekstaza na cześć Dionizosa. Transformacja wyrażona ruchem po kole, łączy się jednocześnie z wiecznym wężem, który połyka swój ogon. Taniec jako forma ekspresji, sublimacja ekstazy, pożądania. Stań przed obrazem. Pomyśl. Zamknij oczy. To nic złego, że zagłębienia w liściach alg kojarzą ci się z penetracją, a uproszczony kształt gruszki przypomina fallus.


Dance II, H. Matisse, 1910

Jako mała dziewczynka pławiłam się w atrapach. Zbierałam opakowania po niemieckich produktach. I kiedy rozkładałam kartoniki po czekoladzie z orzechami albo z rodzynkami i rozmyślałam o tym, jak smakują. To co ja wtedy robiłam z braku, ludzie dziś robią z nadmiaru. Oczywiście opakowanie uwodzi, robi wrażenie, że można je jeść. Koleżanka, która tworzyła ze mną duet zbieraczy do dziś cmokta papierki.

Głęboka tęsknota Matissa za malowaniem, który z powodu złego stanu zdrowia nie utrzymywał już pędzla w rękach, wybrzmiewa mocniej w kontekście kilku martwych natur zestawionych z wycinankami: Czerwone wnętrze, martwa natura na niebieskim stole, 1947 czy Martwa natura z muszlą, 1940. Matisse malował tak jak dziecko cieszy się na widok tęczy i myśli, że można jej dotknąć. Durnowata radość tworzenia, pogłębione odczuwanie świata zalatują sentymentem i średnio mieszczą się w formatkach sztuki najnowszej. Intencja w procesie twórczym pełni wyjątkową funkcję. Bazuje na osobistym przeżyciu twórcy, napędza go do działania i jednocześnie uziemia jego sztukę w głębiach archetypicznej wiedzy. To właśnie intencja połączona z warsztatem zatrzymuje naszą uwagę, kiedy patrzymy na dobry obraz albo tak jak w tym wypadku na wycinankę.

Jacqueline Duhême była asystentką Matissa w latach 1947-1949. Kiedy zaczęła z nim pracować miała 20 lat. Wspomina Matissa jako delikatnego i jednocześnie wymagającego artystę, zwykle leżącego. Ich rutyna pracy rozpoczynała się o 8.30 od śniadania, składającego się głównie z brioszki, którą dzielił się z kotem lub nie. Potem następowała procedura mycia rąk –Jacqueline przynosiła Matissowi miskę z wodą i emulsję do rąk. Umyte dłonie nacierał talkiem, żeby nie tłuścić papieru. W tamtym czasie główną zarządzającą jego życiem była Lydia Delectorskaya, która dbała o zaopatrzenie, doglądała spraw administracyjnych i werbowała modelki, zazwyczaj w tramwaju, mówiąc: Pan Matisse chciałby panią namalować.



Matisse and Jacqueline, Hôtel Régina, Nice,1952, Photo by Lydia Delectorska

Duże kompozycje wycinankowe prezentowane na wystawie takie jak monochromatyczna Ocenia pierwotnie zapełniały ściany pracowni Matissa w Paryżu, Nicei i Vance. Elementy kompozycji przyczepione szpilkami bezpośrednio do tapety. Prawie każdy ma na sobie po kilka nakłuć, które są śladami roszad kompozycyjnych. Kształt powstawał na bazie szkicu, z czasem wycinany był już bezpośrednio w papierze. Matisse używał kilku rodzajów nożyczek: dużych, małych, ostro i okrągło zakończonych oraz precyzyjnych nożyczek do haftowania.

Wycinanki powstawały z grubszego bristolu, który trzyma formę i nie chłonie gwaszu jak cieńsze papiery. Papiery malowane były na podłodze szerokim pędzlem równymi pociągnięciami pędzla w dwóch warstwach – pionowej i poziomej: ultramaryna, szmaragdowa zieleń, fuksja. Wycinanie większych form odbywało się przy pomocy Jacquline, której ręce rytmicznie napinały papier, umożliwiając Matissowi formowanie kolorowego papieru zwinnymi ruchami nożyczek. 
Organiczne formy liści alg, akantu, wycinane przez Matissa mogą kojarzyć się z penetracją, a ich miękko wykończone zagłębienia przywodzą na myśl cielesną radość i ekstazę tańców dionizyjskich.
Falliczne formy gruszek, które szukają zagłębień, budzą Dionizosa, na którego cześć 'w procesjach odbywających się podczas świąt Dionizosa niesiono fallus, który do niego należy jako do boga płodności*. Lekkość i swoboda wzorów i kompozycji, które w naturalny sposób zapełniały wnętrza pracowni Matissa została utracona po naklejeniu ich na płótno. Trzeba jednak pamiętać, że ta metoda w kontekście ich przechowania i konserwacji jest o wiele bardziej efektywna.


Algue blanche, H. Matisse

W czasach kiedy Jacqueline miała okazję pracować z Matissem on już prawie nie malował. Wykonywał kompozycje wycinankowe w różnej skali, rysował portrety, ale nigdy nie robił akwareli. Wtedy również trwała praca nad dekoracjami Kaplicy Różańcowej w Vence zbudowanej dla sióstr Dominikanek. Jacqueline pozowała mu do szkiców wizerunku Madonny z dzieciątkiem, na czysto wykonanego czarną linią w formie oszczędnego rysunku na białych płytkach, na ścianie kaplicy. Na wystawie w Tate oprócz majestatycznego szkicu Madonny, prezentowane były również projekty witraży do kaplicy. Wystawa w Tate Modern jet rzadką okazją do przeżyć, których niestety nie zapweni nam monitor komputera.
* Mitologia Greków i Rzymian, Z. Kubiak, 2003, s. 337
Informacje o Jacqueline Duhême na podstawie artykułu Matisse, Tate ETC. Nr 31, Lato 2014, Jacqueline Duhême, Juliette Rizzi, Flavia Frigeri


Monika Waraxa, 29 Maj 2014, Londyn

Henri Matisse: The Cut-Outs
17 April – 7 September 2014
Tate Modern, Londyn
Info o wystawie





Smutna załoga

/ 11/28/2013 /
Smutna załoga, źródło Agencja Gazeta

Dobre intencje są jak błękitna chmura, która unosi się nad Warszawą. Problem w tym, że nikt jej nie widział. 

Przedstawiciel związku zawodowego Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie potwierdził w czasie audycji radiowej, że dalszy dialog z Fabio Cavalluccim, dyrektorem CSW jest niemożliwy. Amen.

Polityka i jej mechanizmy są dziś częścią kultury, w Polsce, aż za bardzo. Może dlatego, że mało funduszy na sztukę, może za mało inicjatyw? Trzeba dobrze zastanowić się nad strategią i określeniem strefy wpływów, bo w tym kraju jest miejsce tylko dla jednej instytucji, jednego rzeźbiarza, jednego malarza. Jeśli jednak nie obcy ci new age i dobrze znasz ideę hojnego wszechświata, to wiesz, że obdaruje cię on wszystkim, o co tylko poprosisz. Przyglądając się ostatnim wydarzeniom w CSW myślę jednak, że ludzie kultury w Polsce nie znają teorii rurociągu Louise Hay.

Patrząc na podział strefy wpływów, które według teorii niektórych nie istnieją, przychodzą na myśl strategie i zachowania polityków, którzy mówią, że polepszają, ale głównie swoją pozycję. Natomiast polityk kulturalny deklaruje, że chce poszerzać horyzonty myślowe społeczeństwa, że niesie go idea czynienia świata lepszym, a jak jest naprawdę? 
Teorii jest wiele. Każdy ma swoją. Wiadomo na pewno, że niektórzy są bardzo oddani sprawie. Ich oddanie można mierzyć na przykład w długości zajmowania stanowisk i tak poprzedni dyrektor CSW w Warszawie Wojciech Krukowski zasiadał na stanowisku przez 20 lat. Oddalając się na emeryturę, powiedział w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kowalskiej Nie można popadać w  rutynę, a  dynamika młodego pokolenia jest imponująca. 
Dwanaście lat Stacha Szabłowskiego na stanowisku kuratora CSW, to również świetny wynik.

Tydzień temu, w rozmowie w Programie II Polskiego Radia, słuchałam debaty z udziałem Moniki Małkowskiej, Stacha Szabłowskiego, Fabia Cavallucciego oraz przedstawiciela związku zawodowego  i tam właśnie usłyszałam po raz pierwszy o zjawisku 'smutnej załogi Zamku'. 

Dla porządku przypomnijmy entuzjastyczne wypowiedzi przedstawicieli świata kultury, na temat objęcia stanowiska przez nowego dyrektora Fabia Cavallucciego.

GW 10/07/2010, Adam Mazur: Wybór Fabia Cavallucciego jest z kilku względów przełomowy. Demokratyczny i w pełni transparentny konkurs zakończył się wyborem pierwszego w historii polskiej sztuki zagranicznego dyrektora. To będzie miało zasadnicze konsekwencje dla programu instytucji, jaką jest CSW. Ale warto dodać, że Cavallucci jest znany już od lat w polskim świecie sztuki. Przyjeżdżał do Polski, śledził to, co się tu dzieje, interesował się polską sztuką i zapraszał wielokrotnie polskich artystów do udziału w imprezach międzynarodowych. Co nie bez znaczenia - w kontekście awantur wokół innych instytucji sztuki w kraju - nowy dyrektor ma wsparcie załogi i związków zawodowych (przedstawiciele CSW głosowali właśnie na niego), więc może uniknąć eskalacji konfliktów nieuniknionych podczas reformowania CSW.
Adam Mazur zrezygnował ze stanowiska kuratora w CSW, ogłaszając, że idzie na tacierzyński, ale prawdziwy powód był chyba inny. Założył swoje czasopismo o sztuce Szum i heja.

Anna Mytkowska
Wydaje mi się, że to ważny precedens oraz szansa na to, że coraz bardziej będziemy się otwierać na międzynarodowy styl pracy.

GW 6/08/2010, Dorota Jarecka Myślę, że doskonale sobie poradzi. Brak polskiego paszportu nie powinien przeszkodzić w poruszaniu się po czymś, co pogrążone jest we włoskim chaosie, austriackiej biurokracji i co działa z angielską flegmą. To nie brak polskiego języka albo niewystarczająca znajomość polskiej kultury będzie problemem Cavallucciego, ale sam Zamek, w którym kiedyś znakomity performer Cezary Bodzianowski czytał fragmenty dzieła Franza Kafki pod tym tytułem, symbolicznie odnosząc się do jego anachronicznej i ociężałej struktury. 

A już rok później pojawił się pierwszy skowronek niepowodzeń:
6/07/11 GW, Dorota Jarecka
Bo Fabio Cavallucci ma problem z Zamkiem jako instytucją sztuki. Jest tutaj szefem od dziewięciu miesięcy. I gdyby miał powiedzieć, gdzie leży największy problem CSW, byłby to problem każdej tego typu wielkiej galerii. Polega on - o paradoksie! - na tym, że są one przede wszystkim galeriami, czyli dominują w nich sale wystawowe. 

I czarne chmury nad Cavalluccim, objawiły się reszcie Polski.
26/09/13 GW
W środę napisaliśmy, że pracownicy Centrum Sztuki Współczesnej - Zamek Ujazdowski w Warszawie oskarżają włoskiego dyrektora placówki o marnowanie publicznych pieniędzy, chaos organizacyjny i łamanie kodeksu pracy. Chcą jego odwołania. 

Załoga Zamku mówi, że z dyrektorem pracować się nie da. Próbowali po dobroci, ale nic z tego. Dyrektor łamał prawo pracy, nie dotrzymywał zobowiązań, zamykał działy. Nie było rady. Upublicznienie konfliktu stało się nieuniknione. Smutno mi się tego słuchało, w Londynie po zmroku.

Trochę rozweselił mnie jednak Stach Szabłowski, opowiadając o pomyśle działania para-artystycznego z pokojową bojówką negocjatorów i Arturem Żmijewskim oraz grupą doświadczonych aktywistów.  Bojówka w założeniu miała zdiagnozować słabe strony w zarządzaniu Zamkiem i popełniane błędy oraz przedłożyć analizę do wykorzystania. 
Na swoją prywatną potrzebę wyobraziłam sobie tę grupę w zielonych kapokach (zielony uspokaja). A w czasie zbierania materiałów dowodowych w sprawie, rozpylają zapach geranium, który również łagodzi. Pomysł był nawet realnie brany pod uwagę, ale dyrektor wycofał go z realizacji. 

Nie wiemy jak było. Może Cavallucci miał się przestraszyć upublicznieniem konfliktu i podać się do dymisji? Może miał się ugiąć pod presją. Chyba jednak nie tak łatwo go przestraszyć. Nawet zdjęcia załogi ubranej na czarno, nie zrobiły na nim wrażenia. Załoga chyba nie doceniła determinacji i poczucia misji dyrektora? A może dyrektor nie docenił załogi?

Po tym co usłyszałam w radio obie strony mają do odrobienia lekcję z zakresu pozytywnej komunikacji i może nieobowiązkową lekturę Louise Hay?
Zarówno dyrektor, jak i Stach Szabłowski, i przedstawiciel związków zawodowych wykorzystali w swoich wypowiedziach wiele słów, z których przebijały różnorodne potrzeby, frustracje i oczekiwania oraz żal. Wszystko poza chęcią porozumienia. Pozostaje tylko rozwód, albo terrapia małżeńska.
A może jednak wezwać do Zamku grupę aktywistów w kapokach?

Chciałabym wierzyć, że wszystkim chodzi tylko o dobro instytucji. Ale skojarzenie z demokracją sarmacką jest silniejsze. I oto mamy elekta, który stał się wrogiem załogi Zamku. A zewnętrzny wróg jak wiadomo potrafi zjednoczyć has Polaków najlepiej.  

Zacne grono kuratorów i dyrektorów m.in. Anda Rottenberg, Joanna Mytkowska, Piotr Piotrowski, Mirosław Bałka, Paweł Althamer, Artur Żmijewski domagało się światowca na stanowisku dyrektora CSW. Dziś wiadomo, że zachodni styl konstruktywnego rozwiązywania problemów, nie zmaterializuje się w osobie Włocha. To może teraz czas na Anglika, albo Duńczyka?


Monika Waraxa, 27/11/13, Londyn




Aktualia nie.

/ 9/05/2013 /

Pewnego niedzielnego popołudnia, kiedy zwyczajowo spędzałam czas w National Gallery 
i z bliska przyglądałam się Chrztowi Pierro della Francesca, przezroczystość anielskiego rękawa i 9 odmian błękitów stały się gramem przeważającym.

Pisać o sztuce znaczy często przeczesywać. Chodzić, oglądać i sprawdzać, brać udział, rozmawiać, czytać. A poza tym gromadzić fakty, odniesienia, budować konteksty. A dziś u mnie w tym miejscu pojawia się wyraźny opór. 
Kiedyś lubiłam sobie pokomentować. Lubiłam też spoglądać w przeszłość. Zastanawiałam się jak żyli artyści, co myśleli. Dlaczego spotykali się w kawiarniach i rozmawiali. 
Nie widziałam połączenia między patrzeniem w przeszłość z niechęcią do aktualiów. Po prostu myślałam, że jestem sentymentalna. Jednak już w tym czasie mój opór  kiełkował jak rzeżucha na londyńskim parapecie.

Nie będę kopciuszkiem, który zanurzając się w aktualiach sztuki, oddziela popiół od kartofli, dobre i wartościowe działania od tych mniej przyszłościowych. Prób podjęłam wiele, ale w natłoku komunikatu wizualnego, moja intuicja strajkowała.

Tydzień temu kolega przesłał mi filmik, gdzie młody, brodaty mężczyzna prezentuje top 9 wystąpień polskich artystów współczesnych. Trochę wyrywa ich z korzeniami, wybiera pożyteczne cytaty jak Jehowi interpretując Biblię. Bałka, Kozyra, Żebrowska ukazani zostali w zupełnie innym świetle. Może trochę wykpieni i obśmiani. Na przykład Mirosław Bałka, od ubiegłej soboty, będzie dla mnie już zawsze złotoustym mężczyzną z odkurzaczem.

Moja nieufność do aktualiów była na początku prawie przezroczysta, niezauważalna – mylona z lenistwem lub niechęcią podsycaną względami osobistymi.
To dziwne poczucie, fakt uwierający tylko odrobinę, zbywałam wypracowaniami i opisami. Mój niejasny stosunek do aktualiów komplikowało bowiem upodobanie do sprzeciwiania się, 
a najlepiej sprzeciwiać się tu i teraz. 

Bunt na Bounty towarzyszył mi od wczesnego dziecięctwa. Rodziców przyprawiał o ból głowy, koledzy w podstawówce mnie nie lubili, a krytyczne teksty o kuratorach pisane w czasach studenckich, nie zjednywały przychylności środowiska. Kiedy opadł już pył po walce, którą stoczyłam z niesprawiedliwościami świata artystycznego, wyzyskiem, stronniczością i małością prominentów. Kiedy sentymentalizm przestał być tylko eskapizmem i przekształcił się w sposób na odszukiwanie wartości, a wyjazd z kraju wymusił dystans geograficzny. Zobaczyłam na horyzoncie niechęć do aktualiów. I to był fakt.

Ostatnie podrygi w starym kierunku miały miejsce w lutym 2012. Widząc Stacha Szabłowskiego kroczącego Millenium Bridge na wystawę Gerarda Richtera w Londynie, pomyślałam: po co wysyłać korespondentów na delegacje, skoro ja mogę wszystko załatwiać tu na miejscu. Potrzebna tylko legitymacja prasowa i obejdzie się bez zbędnych wydatków. Bo nie wiem czy wszyscy to wiedzą, ale w ramach idealistycznej postawy teksty piszę za darmo.
Ucieszyłam się ze swojego planu i przystąpiłam do realizacji. Zagaiłam redaktorów. Nawiązałam kontakty, poczyniłam przygotowania.

Jednak chodzenie na londyńskie wystawy w ważnych i jednocześnie undergrundowych galeriach było prawdziwą torturą, a czasem tylko utrapieniem, zależy od kontentu. Miałkie, przewidywalne albo po prostu bez smaku. Ble, ble, ble. Na moje szczęście nikt nie wyprawił mnie na biennale, bo bez sanatorium by się nie obyło.
Dodatkowo wystawy z namiastką jakości według mojego osądu, dla redaktorów okazały się ramotami.
I tak londyńskie niebo zasnuło się ciemnym błękitem pruskim, który według mnie najlepiej opisuje pat i smutek, który wtedy czułam. Przecież chciałam to wszystko opisywać. Chciałam? 

Na studiach brałam udział w działaniu w Laboratorium CSW w Warszawie pod skrzydłami Stacha Szabłowskiego, który realizował ideę 'grzyba sztuki'. Było to na początku kwietnia 2003 roku. Jedna dziewczyna wyhodowała cały stół pleśni. Pamiętam myśl o tym ile dobroczynnych skutków na mój organizm, może mieć jej wdychanie. Podejrzewam, że Stach nie odświeżył kursu BHP, stąd to całe nieporozumienie z hodowlą pleśni w pomieszczeniu zamkniętym.

Jednak gorszy od pleśni był performance Roberta Kuśmirowskiego, który polegał na produkcji grafiki. Całość trwała to około 10 minut i była wyjątkowo męcząca, gdyż autor pocił się obficie. Naklejał taśmę na kawałki papieru pomalowanego na czarno i szybko odrywał. Rach ciach 
i grafika gotowa. Oczami wyobraźni zobaczyłam smutne miny co najmniej setki grafików warsztatowych, którzy od teraz upijać się będą bardziej niż zwykle, bo babranie się w farbie drukarskiej okazało się zupełnie niepotrzebnie. 

Po tym całym grzybie, widziałam, że za murami ASP czeka na mnie czarny wilk rozkładu. Od tamtego czasu niejasne przeczucia związane z awersją do aktualiów, wyściełały mój mózg blado niebieskim atłasem, zakupionym od weneckiego kupca.


Czarny Wilk Rozkładu 

Po studiach obserwowałam działania artystów wizualnych i ich dziwne powody. Prace społeczne, obserwacje ornitologiczne, fascynacja nauką, gender, ect. Dziś realizacje artystyczne to już właściwie post produkcja – teksty, opisy, omówienia, ect. Nie zapominajmy o promocji. 

Jeśli to ma jakieś znaczenie, w angielskich środowiskach akademickich mniej więcej od ośmiu miesięcy, przebąkuje się o kryzysie krytyki artystycznej. Może to właśnie teoretycy mają obudzić się przed artystami i zauważyć, że już nie pływamy w otwartym oceanie możliwości, tylko szorujemy dupą po piasku?

Duży czy mały artysta. Uznany czy nie. To bez znaczenia bo sztuka w galerii to smutny, martwy kikut, albo skaleczone podudzie. Kochanka się jeszcze łudzi, że ten związek przetrwa, ale to był ich ostatni pocałunek.

Może niech galeria pozostanie handlową, nie wiem? Może powinniśmy zacząć sobie opowiadać o sztuce przy ognisku albo wyklaskać ją rękami? 

Ja i aktualia sztuki


Monika Waraxa, 5.09.13, Londyn


  

Labels

About

 
Copyright © 2010 Critic Police, All rights reserved
Design by DZignine. Powered by Blogger